Ray Bradbury "Kroniki Marsjańskie"

  • marcusos
  • marcusos's Avatar
13 years 5 months ago #2671 by marcusos
marcusos replied the topic: Re: Ray Bradbury "Kroniki Marsjańskie"
Recenzje książek mówią w jaki sposób dzieło zostało odebrane przez czytelnika. I tyle. Nie powinniśmy na podstawie recenzji oceniać czytelnika! Czy jest mądry/głupi, wrażliwy czy nie, ma wyrafinowany smak lub wręcz przeciwnie. Każdy z nas może napisać inną recenzję, i każda z nich będzie dobra. Tymczasem przyjęło się, że na sztuce znają się krytycy, a jak ktoś nie może zrozumieć ich wywodów to jest tępak. Oczywiście krytycy piszą coraz bardziej zawile, aby podkreślić swoją "mądrość".
Jako że jestem zwykłym człowiekiem, bliższe są mi opinie zwykłych czytelników. Takich chociażby jak w biblionetce .

Please Zaloguj to join the conversation.

  • tumitak
  • tumitak's Avatar
13 years 5 months ago #2675 by tumitak
tumitak replied the topic: przyszlo mi bronic :)
moze napisze cos od siebie jak bede przekonany ze rozumiecie o czym mowicie :)

wiec w celach edukacyjnych chocby, subiektywny podwojnie wybor: moj z Lema "Fantastyki i futurologii", zas Lema z samego Bradburego:

"(...) Np. historia lądowania drugiej ekspedycji na Marsie. Odkrywa ona na pustyni miłe miasteczko, jakby żywcem z Ziemi przeniesione, z którego wychodzą, by powitać osłupiałych kosmonautów, ich krewni, przyjaciele i znajomi. Ten ojca, ów brata spotyka; nie pojmując niczego, otumanieni serdecznością i ciepłem przyjęcia, po dniu pełnym idyllicznych wrażeń układają się przybysze w domkach na spoczynek; w ciemności zaczynają ich dowódcy przychodzić do głowy trzeźwiejsze myśli i podejrzewając niedobre — w postaci niepojętej, perfidnej gry, zastawionej przez Coś (zwid? halucynację?) — wstaje cicho z łóżka, a wtedy z mroku odzywa się głos: „Dokąd?” Kapitan John Black rzuci! się przez pokój, krzycząc. Krzyknął dwa razy, lecz nie dopadł już drzwi.
I jako krótki, rzewny finał — pogrzeb szesnastu kosmonautów rankiem następnego dnia, odprowadzanych na wieczny marsjański odpoczynek przez nieutulonych w żalu krewnych; potem zaś wszystko — oni, kondukt, domy, ich okna, dachy — zaczyna się pomału chwiać i rozwiewać w nicość.
Zapewne: to nie naukowa fantastyka. Ale to świetnie napisane; z idylli wychyla się groza, po czym idylla, jak gdyby nigdy nic, znów ją w siebie wchłania, aby wreszcie wszystko zgasło w spokojnym akordzie.
Znakomite jest opowiadanie Gdy przyjdą deszcze, oryginalne przez to, że całkowicie bezludne: historia domu, którego wszystkie automatyczne urządzenia, te, co kawę parzą na śniadanie, co grzanki szykują, co czyszczą, ścielą, nucą dzieciom kołysanki — pracują w pustce, skoro na zewnętrznej ścianie domu widać wpalone w nią cienie ludzkie, jedyną oznakę atomowej eksplozji, a potem pomału zaczynają się rozpadać, objęte płomieniem pożaru, i znów ten sam działa kontrast, ulubiony przez Bradbury’ego: idyllę pochłania groza, nagrane na taśmy czułe słówka jeszcze z ognia się odzywają, po raz ostatni. Piekło łyka słodka beztroskę, pali się mechaniczna Arkadia i to jest już wszystek sens opowieści — którą trudno zapomnieć. Gdyż zderzenie idylli i grozy stawia szyderczy nagrobek cywilizacji; gdyż jest owa usłużność niezmienna już ogniem przyduszonych głosów z taśmy — doskonała kompozycyjnie: to jest w pewnym sensie muzyka —jako dysonans, jako potworny zgrzyt, jak gdyby niewidzialnym strykiem zmieniało się anielskie pienia w charkot wisielczy. Przypominają się potępieńcze glissanda z utworu Leverkuhna w Doktorze Faustusie (Klage Dr Fausti). Oryginalne jest jeszcze u Bradbury’ego — spotkanie nocne człowieka z Marsjaninem: obaj są dla siebie nawzajem — duchami, obaj nie mogą siebie dotknąć, każdy—to widmo dla drugiego; literalnie — bajka, w alegorycznym tle — obcość niestykalnych, przechodzących przez siebie światów. (...) Nowele te dałoby się zamieniać miejscami; nie odmieni to wrażeń wyniesionych z lektury pod warunkiem, aby zasada permutacji była losowym tasowaniem. Nie mogą one iść np. w porządku od najbardziej do najmniej realistycznych; gdyż wówczas pierwsze nastawienie, na baśń, albo — na odwrót — na psychologiczną scenkę „z życia” — usztywni się w niepożądany sposób. Cała rzecz w tym, żeby takie usztywnienie klasyfikacyjne nie mogło powstać w odbiorze. Właśnie stąd płynie efekt całościowy lektury nowel Bradbury’ego, że między tekstami fantastyczno—naukowymi tkwią niefantastyczne albo nie — „SF fantastyczne”; czytelnik nastawia się na pewien przedział kategorialno–pojęciowy, jakiego oczekuje po zwyczajnej Science Fiction, spotyka go, utwierdza się w nastawieniu i podczas lektury następnego opowiadania powstaje w nim jakby rozdźwięk, dziwaczne „rozedrganie”; Bradbury właściwie nie łamie nigdy konwencji dlatego, że nigdy w niej „obiema nogami naraz” porządnie nie siedzi; ujmowane całościowo, pasmo jego narracji biegnie chwiejnie w poprzek i w skos owych dokładnie reglamentowanych przepisów, ustalających, co to jest bajka, co — Fantasy, co —. Horror Story, a co — Science Fiction. Bradbury w ogóle nie troszczy się o to, czy rzecz akurat pisana będzie werystyczna, czy nie—”werystyczna, czy i jaki w niej procent niemożliwego empirycznie, przy czym modalność tonacji pozwala mu lekko przechodzić nad płotami rozdzielającymi poletka normatywnej estetyki Science Fiction; albowiem nazywane ze wzruszeniem — wedle konkretnego, lirycznego lub dramatyczno–lirycznego klucza — obiekty, nawet techniczne, stają się zawsze trochę jakby metaforami, a trochę symbolami. Na planecie, co jest urodziwa jak kobieta i oczekująca jakby ludzi swoją samotnością, rakieta to niezupełnie olbrzymi stalowy masyw, płomieniami dymiący, jej klapa otwiera się nie jak pancerne wrota, lecz raczej jak drzwi chatki. Skoro o składzie atmosfery na Marsie w ogóle się nie mówi, a tylko zwyczajnie się oddycha miejscowym powietrzem, problem skafandrów w ogóle nie powstaje, i to, na tle fantastyki znormalizowanej i zesztywniałej, jest miłe, zabawne, daje pewną ulgę i poczucie swobodnej lekkości; bezpretensjonalność, bezpośredniość intymnie wygłaszanej gawędy przypomina nam o istnieniu literatury po prostu, wyzbytej dodatkowych określeń; otóż od takiej fantastyki już jest nie bardzo znów daleko do realistycznych scenek, które jednak też zostały nieco odrealnione. U Bradbury’ego tedy wszystkie rodzaje genologiczne pod jego dotknięciem dziwacznie, czasem zaś oryginalnie przez to, nawzajem się do siebie upodabniają. W tym cała tajemnica urokliwości jego prozy. Opowiadania realistyczne i naukowo–fantastyczne innego autora, jeśli wydane by były jako „mieszanka”, po prostu by się rozpadały na dwa całkowicie niespójne zbiory. U Bradbury’ego nie rozpadają się tak, ponieważ aura panująca w jego rakietach jest bardzo podobna do panującej na jego zwyczajnych okrętach, ta z domków w Kentucky — do tej z domków na Marsie, a zatem historie o Marsie czytamy trochę tak, jak historie o Kentucky — i na odwrót. Ponadto stale pytamy: „Gdzież tu jest fantastyczność?” — gdy nowela zaczyna się całkiem zwyczajnie (np. dwoje ludzi z dzieckiem jedzie po torach drezyną, ktoś idzie do znajomych, aby im wizytę złożyć, starzec w ogrodzie siada obok młodego człowieka na ławce). Otóż raz ją wykrywamy, a raz nie, lecz zawsze jesteśmy w sytuacji tego, kto przyszedł do domu uznanego za „nawiedzony”: chcąc wykryć dziwność i niesamowitość, samą aktywnością taką „dopompowujemy” najniewinniejszym rzeczom znaczeń. Pojawia się wrażenie dziwności, wywołane niekiedy — zabawnym sposobem paradoksalnym — przez to, że żadnej dziwności w danym opowiadaniu właśnie nie ma. Była w poprzednim, może będzie w następnym — i stąd ów szczególny efekt. (...) Lecz twórczość dojrzałego pisarza, jieśli oparta słownie na takim typie wyczucia i odruchu, zawsze jest narażona w kontynuacji na poważne przypadłości i upadki — a ponadto uchwyt semantycznych obiektów, jakiego podobne intuicje dostarczają, wielkiej, tzn. powieściowej, konstrukcji nie może podtrzymać; toteż nie ma ani jednej pełnosprawnej powieści Bradbury’ego. Niemniej, gdyby go zabrakło, Science Fietion byłaby daleko bardziej zubożona i okaleczona, aniżeli gdyby nieszczęśliwy los w kolebce pochłonął dwa, trzy albo cztery tuziny szanujących się i przez wielu szanowanych fantastów. Sądzę, że powiedziane w dostatecznym stopniu wyjaśnia osobliwości prozy Raya Bradbury’ego. aby szerokie omawianie mechanizmów jego powodzenia poza gettem SF można uznać za zbędne. Pochodził stamtąd, a zarazem był „inny” — i tą innością podobny do liryka, do bajkopisarza, do twórcy nastrojowych, wdzięcznych, rzewnych obrazków; jakkolwiek pozostał klasą dla siebie, mówiąc prawdę do końca — trzeba wyznać, że nie dorobił się miana pierwszorzędności poza murami SF, a i w niej zawsze miał sporo niechętnych, zwłaszcza wśród pedantów, uważających demarkacje międzygatunkowe za rodzaj granic, przez samo Objawienie zakreślonych. Oczywiście z każdego stanowiska światłego pedantyzm taki to ciasnogłowy absurd, bez pokrycia w jakiejkolwiek teorii estetycznej, która sobie liczby mniej niż siedem krzyżyków żywota. A więc tylko częściowo uszedł klątwie uwięzienia Bradbury, uczynił to więc tylko częściowo zaś — chyba wolno tak powiedzieć — zarówno dzięki temu, co stanowi jego siłę, jak i dzięki temu, co w nim słabe: albowiem czytelnik literatury w USA, i to masowy zwłaszcza, łatwo idzie na liryczny banał. Nie powiadamy, jakoby proza Bradbury’ego to był jeden taki banał, a tylko, iż można w niej i taki aspekt wykryć, i on bywał lukrem osładzającym scjentyficzną pigułkę; albowiem uznania elity umysłowej Stanów nie dorobił się ten pisarz wcale. (...)"

pzdr

Please Zaloguj to join the conversation.

  • ticonderoga
  • ticonderoga's Avatar Topic Author
13 years 5 months ago #2677 by ticonderoga
ticonderoga replied the topic: Re: Ray Bradbury "Kroniki Marsjańskie"
... i wcale mu się nie dziwię." :grin:

Jeśli Lem twierdzi, że to dobra książka, to zmieniam zdanie i będę ją traktował z szacunkiem (co nie znaczy, że zacznie mi się podobać).

Bardzo interesująca wypowiedź Lema, ale wciąż nie wiemy co Ty, tumitaku masz do powiedzenia. Jak na razie to na temat napisałeś ze dwa zdania, a to trochę mało, żeby założyć ręce i stanąć na pozycji tego, który ma rację. No, chyba że naprawdę uważasz, że Twoja wyższość intelektualna zwalnia Cię od wypowiadania się w temacie dyskusji...

P.S. W każdym swoim poście systematycznie mnie obrażasz aluzjami do mojego wykształcenia i poziomu refleksji, więc i ja pozwolę sobie się zrewanżować i wbić Tobie szpilę :twisted: . Według mnie, przytoczyłeś Lema, bo nie czułeś się na siłach, żeby samemu napisać coś mądrego - po prostu "schowałeś się" za Lemem.

Please Zaloguj to join the conversation.

  • marcusos
  • marcusos's Avatar
13 years 5 months ago #2678 by marcusos
marcusos replied the topic: Re: Ray Bradbury "Kroniki Marsjańskie"
Podoba mi się młody Lem, gdyż pisał wtedy tradycyjne książki SF. Późniejszych jego dzieł nie miałem cierpliwości czytać. Być może ponownie podejdę do nich na emeryturze...

Jeśli Lem twierdzi, że to dobra książka, to zmieniam zdanie

He, he, ulegamy autorytetom, co? To co dobre dla Lema, nie musi być dobre dla Kowalskiego. Nawet nie powinno. To tak jak z komputerami, aparatami cyfrowymi lub samochodami: który z tych sprzętów jest najlepszy? Powiecie od razu, że zależy dla kogo i do czego. Otóż to! Tak samo jest z książkami i w ogóle sztuką. Każdemu co innego się podoba, tylko... czasami wstydzimy się przyznać że lubimy rzeczy uznawane przez krytyków za kicz, lub nie rozumiemy dzieła, którym owi się zachwycają.

Please Zaloguj to join the conversation.

  • ticonderoga
  • ticonderoga's Avatar Topic Author
13 years 5 months ago #2679 by ticonderoga
ticonderoga replied the topic: Re: Ray Bradbury "Kroniki Marsjańskie"
Autorytety trzeba mieć :grin: . Dla wielu Polaków największym autorytetem jest JPII, dla mnie największym jest Lem. Na literaturze SF znał się jak mało kto, więc jeśli Jemu nie będę wierzył, to komu?

Z późniejszych książek Lema też nie czytałem ani jednej :mrgreen: . Wolę te starsze.

Please Zaloguj to join the conversation.

  • tumitak
  • tumitak's Avatar
13 years 5 months ago #2680 by tumitak
tumitak replied the topic: hymmm, a co mi tam...:)
srednio lubie na forum pisac, ale co tam, acha, ta na wstepie moj nik sie odmienia, jak nie wiecie czmu to kolejna luka w oczytaniu ;)

ad rem:

NIGDY NIE OCENIALEM OSOB TU PISZACYCH BO ICH NIE ZNAM, PRZECZYTALEM:

Rozczarowała mnie ta książka.

I OK, TO PRYWATNE ODCZUCIE, JAK NAJBARDZIEJ AKCEPTOWALNE, JA TEZ NIE LUBIE RZECZY KTORE SA PODOBNO DOBRE

ALE POTEM CZYTAM:

Książka jest pełna niedorzeczności.
Zresztą, po tym co przeczytałem, to Bradbury’ego trudno byłoby mi pisarzem nazwać.

A TO JUZ OCENA KTORA MOZE ZRAZIC POTENCJALNEGO CZYTELNIKA, OCENA NIESLUSZNA BO WYNIKAJACA Z NIEWIEDZY, TAK JAKBY KTOS POROWNYWAL BALET DO BOKSU, I TU I TU SIE RUSZAJA ALE BALETNICE JAKOS SOBIE W PYSK NIE DAJA :)

WIEC NAPISALEM:

jak sie obniza poziom wyksztalcenia,

WSKAZANIE NA POTENCJALNA PRZYCZYNE NIEWIEDZY

A POZIOM REFLEKSJI NISKI JEST BEZ DWU ZDAN, WIEC COZ SIE OBURZAC, JA TEZ TU SIE NIE WYSILAM, JAK CHCESZ BRONIC ZE TO CO NAPISALES ZAKLADAJAC WATEK TO NAJLEPSZE NA CO CIE STAC, TO COZ... :)

Za Lemem sie nie chowam cytujac go a tylko nie widze potrzeby zeby streszczac krotki fragmnet z ktorym sie zgadzam. Ja tam "Kroniki..." lubie i to kwestia osobistej wrazliwosci, ale jak pisalem duzo o Bradburym wiem, moglbym wiele argumentow "obiektywnych" przytaczac, ale coz, to nie szkolka nie? :)

Konczac, ja tam przeczytalem WSZYSTKO co napisal Lem, i jakos nie mam problemow ze zrozumieniem, czasem podba sie bardziej czasem mniej.

P. S. Dobrze ze wierzysz w autorytety, mniej bedziesz bladzil :), tylko ostrozniej na przyszlosc z "uwalaniem" czegos co slabo znasz.

pozdrawiam

Please Zaloguj to join the conversation.

Time to create page: 0.328 seconds
Powered by Kunena Forum