The Mars Society, międzynarodowa organizacja promująca ideę załogowej eksploracji Marsa, ogłosiła w 2006 roku konkurs University Rover Challenge. Od tego momentu wiedziałem, że Polska powinna wystartować w tych zawodach.

Jako członek Mars Society Polska, polskiego oddziału TMS, podjąłem decyzję o udziale w URC. Samodzielnie zbudowałem robota AMPB 2.0, który był właściwie modelem łazika i miał jedynie pokazać, że jesteśmy w stanie zorganizować w Polsce drużynę i skonstruować łazika który mógłby z powodzeniem konkurować z amerykańskimi robotami.

Jesienią 2007 roku, na Festiwalu Marsjańskim zorganizowanym przez MSP w Krakowie, porozumieliśmy się ze Studenckim Kołem Astronautycznym i postanowiliśmy wspólnie stworzyć drużynę reprezentującą Politechnikę Warszawską. Koordynatorem projektu został Sebastian Bartłomiej Rodak, student PW i członek SKA. W ciągu paru miesięcy powstały dwie wersje podwozia i jedna wersja wyposażenia elektronicznego. Polski Robot Marsjański Skarabeusz zaczął nabierać kształtów. Niestety, ograniczone wsparcie uczelni i sponsorów oraz brak finansowania kosztów podróży uniemożliwiło zbudowanie w pełni sprawnej konstrukcji i zorganizowanie wyjazdu na edycję URC 2008.

W międzyczasie projekt okrzepł i za sprawą promocji zorganizowanej przez profesjonalną firmę Planet PR stał się rozpoznawalny w całej Polsce. Dzięki temu udało nam się podpisać umowę z Przemysłowym Instytutem Automatyki i Pomiarów, który stał się głównym partnerem projektu zapewniając wsparcie finansowe oraz merytoryczne. Sebastian Rodak zaprojektował nowe podwozie z amortyzowanymi i skrętnymi kołami,  a Daniel Śliwka stworzył od podstaw elektronikę pokładową oraz system sterowania i łączności oparty na technologii Ethernet. Dzięki sponsorowi elementów elektronicznych, firmie Transfer Multisort Elektronik oraz wsparciu firmy Creotech udostępniającej warsztat, udało się zbudować łazika w rekordowo krótkim czasie trzech miesięcy.

Do ostatniej chwili trwały poprawki, ale na konferencję prasową, zorganizowaną 19 mają 2009 roku w siedzibie PIAP-u, robot był gotowy. W błysku fleszy, w szumie kamer, spod srebrno-złotej folii wyłonił się Skarabeusz. Zainteresowanie mediów przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pisały o nas wszystkie najważniejsze portale internetowe, trafiliśmy też do wieczornych serwisów informacyjnych. Dostaliśmy później od naszego rzecznika prasowego, Łukasza Wilczyńskiego, informację, że kampania informacyjna miała taki zasięg, że gdybyśmy chcieli za nią zapłacić, kosztowałaby nas kilka milionów złotych!

Nadszedł dzień wyjazdu. 25 mają zebraliśmy się o świcie na Okęciu. Bardziej niż o podróż martwiliśmy się o nasze bagaże. Do złożenia robota na miejscu i ewentualnych napraw zabraliśmy mnóstwo podzespołów elektronicznych, kabli i ręcznych narzędzi, lutownicę, przetwornicę napięcia, nawet oscyloskop! Tylko czekaliśmy aż usłyszymy z głośników nasze nazwiska i ochrona zatrzyma nas do wyjaśnienia. Na szczęście nic takiego się nie stało i bez problemów przeszliśmy przez kolejne bramki i stanowiska na pokład samolotu. Z Warszawy, Airbusem linii Air France polecieliśmy do Paryża, na lotnisko Charles de Gaulle. Tam przesiedliśmy się na pokład Boeinga amerykańskiej linii Delta, który zabrał nas do Salt Lake City, stolicy stanu Utah. Wynajęliśmy dwa samochody (w USA nie da się funkcjonować bez samochodu) i pojechaliśmy do motelu.

Wieczorem poszedłem jeszcze na spacer do centrum i tak skończył się najdłuższy dzień mojego życia. Doba trwała 32 godziny a sam dzień 26 godzin (od świtu do zmierzchu). Drugi dzień pobytu przeznaczyliśmy na zwiedzanie Salt Lake City i okolic. Przeszliśmy się się po wyschniętym dnie Wielkiego Słonego Jeziora, od którego nazwę wzięło miasto. Od brzegów do linii wody musieliśmy iść kilkaset metrów odsłoniętym, suchym dnem, miejscami jeszcze błotnistym. Po południu pojechaliśmy na Anthelope Island, wielką wyspę na jeziorze.

27 maja o świcie opuściliśmy Salt Lake City i wyruszyliśmy do Hanksville, gdzie mieliśmy mieszkać przez cały czas trwania zawodów. Zajechaliśmy na miejsce około godziny 15 i wreszcie poczuliśmy się jak na współczesnym Dzikim Zachodzie. Drewniane domki na środku pustyni, asfaltowa szosa przez środek osady, parę stacji benzynowych i moteli, a klucze do naszych pokoi i kwestie zakwaterowania załatwiliśmy na kasie w jedynym w okolicy sklepie. Rozłożyliśmy się w pokojach i oczekiwaliśmy na przesyłkę z robotem, która miała przyjść około godziny 17. Ale nie przyszła. Okazało się, że nasz robot został zgubiony! W dodatku poinformowano nas, że paczka z masztem antenowym też zaginęła, więc przystąpiliśmy do budowy zastępczego; jak się okazało na darmo, bo paczka z masztem jest, ale z robotem nie ma. Bałagan i dezinformacja. Następnego dnia, od spotkania organizacyjnego o godzinie 11 rozpoczęły się zawody, a my wciąż nie wiedzieliśmy co się dzieje z przesyłką.

Po południu, gdy większość drużyn testowała swoje roboty, brała udział w oficjalnym ważeniu i prezentacjach, my snuliśmy się z nosami na kwintę, robiąc dobrą minę do złej gry. Dopiero na drugi dzień otrzymaliśmy wiadomość, że znaleziono Skarabeusza. Czekaliśmy do wieczora na przyjazd ciężarówki. Gdy zapadł zmrok, nad Hanksville zebrały się ciężkie chmury i nadeszła burza. Poczuliśmy się jak na planie filmu science-fiction klasy B. W blasku piorunów i przy wtórze dzwoniącego o blachy deszczu zajechała na parking ciężarówka. Kierowca otworzył tylną klapę i w pustym wnętrzu dostrzegliśmy stojącą w kącie skrzynię z wielkim napisem SKA01. Nareszcie Skarabeusz dotarł na miejsce!

Rzuciliśmy się na skrzynię, zawlekliśmy ją do jednego z pokoi, gdzie urządziliśmy warsztat i zabraliśmy się za składanie robota. Pracowaliśmy całą noc. Niestety, o świcie, gdy kończyliśmy integrację poszczególnych systemów, spalił się układ odpowiedzialny za transmisję obrazu i Skarabeusz został oślepiony. Nie mieliśmy tego układu w zapasie, ale mimo to zebraliśmy się, zapakowaliśmy łazika do bagażnika i pojechaliśmy do habitatu, żeby zdążyć, chociażby w minimalnym stopniu, wziąć udział w zawodach. Na szczęście organizatorzy byli wyrozumiali i starali się nam pomóc w miarę swoich możliwości. Pomimo tego, że był to już ostatni dzień zawodów, pozwolono nam wystartować w konkurencji poszukiwania bakterii ekstremofilnych.

Mieliśmy szukać w zasięgu kilkuset metrów miejsc, w których mogą żyć zielono-niebieskie sinice. Niestety, bez wizji nie mogliśmy wyruszyć w teren, żeby nie uszkodzić łazika. Wykonaliśmy tylko jedno zdjęcie z odległości dwóch metrów od punktu startowego, za to obejmujące cały teren przeznaczony do zbadania. Na podstawie tego zdjęcia przygotowałem prezentację i zreferowałem wyniki naszych obserwacji sędziom. Byli pod wrażeniem, że udało się nam zrobić tak dużo, pomimo nękających nas kłopotów. Przyznana nam ilość punktów była jedną z największych za tą konkurencję i wystarczyła, żebyśmy zajęli szóste miejsce na siedem startujących zespołów. Drużyna z piątego miejsca miała tylko o jeden punkt więcej niż my, pomimo tego że brała udział we wszystkich czterech konkurencjach - to dowodzi jak mocna była nasza ekipa i gdyby nie nieszczęście jakie nas spotkało, walczylibyśmy o pierwsze miejsce.

W przyszłym roku również planujemy udział w URC. Czujemy wielki niedosyt. Chcemy udowodnić, że Skarabeusz należy do ścisłej czołówki analogów łazików marsjańskich. W prawdziwej rywalizacji w terenie pokażemy, na co stać naszą drużynę.

Wojciech Głażewski
http://skarabeusz.edu.pl/