Astronomowie rozłupali Drogę Mleczną niczym orzech kokosowy. I jak złoty deszcz zaczęły się z niej sypać nowe planety. Na razie naukowcy nie wiedzą, co z tym fantem począć.

Badacze z NASA, którzy obsługują poszukujący ziemiopodobnych planet pozasłonecznych teleskop kosmiczny Keplera, poinformowali, że zidentyfikowali 1 235 obiektów, które mogą być planetami istniejącymi poza Układem Słonecznym. To trzykrotnie więcej niż liczba dotychczas odkrytych ciał niebieskich. Do tej pory najmniejsza z odkrytych poza Układem Słonecznym planet, czyli egzoplanet, była o jedną czwartą większa od Ziemi. Spośród nowych planet, aż 68 posiada rozmiary mniejsze. 54 z prawdopodobnych egzoplanet znajdują się w tak zwanych ekosferach, czyli w takich odległościach od swoich gwiazd, gdzie temperatury pozwalają istnieć wodzie w stanie ciekłym.


Astronomowie poinformowali, że potwierdzenie, czy wszystkie znalezione obiekty na pewno są planetami, jest kwestią lat. Aby potwierdzić, czy obiekty są planetami, naukowcy mogą na przykład mierzyć ich masę za pomocą teleskopów naziemnych lub sprawdzić, czy gwiazdy w ich tle nie powodują przypadkiem złudzeń optycznych. Autentyczności wielu z nich być może nigdy nie da się sprawdzić z powodu zbyt bladego światła ich gwiazd, a także z powodu zbyt długiego czasu potrzebnego na wykonanie pomiarów. Jednak ze statystyk wynika, że 80-95 proc. namierzonych obiektów jest planetami. – To liczba, od której lasuje się mózg – stwierdził szef zespołu obsługującego Keplera, William Borucki z centrum badawczego Ames Research Center w północnej Kalifornii.

Na pierwszy rzut oka żadna z planet nie wygląda na drugą Ziemię, ale naukowcy zaprezentowali na razie odkrycia z czterech miesięcy z zaplanowanego na 3,5 roku projektu. Dlatego z optymizmem wypowiadają się na temat możliwości znalezienia planet bardzo podobnych do Ziemi. – Po raz pierwszy w dziejach ludzkości dysponujemy grupą potencjalnie nadających się do zamieszkania ciał niebieskich – powiedziała Sara Seager z Massachusetts Institute of Technology, która uczestniczy w projekcie. – To pierwszy wielki krok w kierunku odpowiedzi na pytanie: Jak często występują w kosmosie planety przypominające Ziemię?

Podczas konferencji prasowej w głównej siedzibie NASA w Waszyngtonie Borucki ujawnił, że teleskop Keplera bada jedynie jedną czterechsetną całkowitej powierzchni nieba, dodając, że gdyby mógł śledzić całe niebo, "mielibyśmy 400 tys. kandydatek" na nową Ziemię. Borucki jest głównym autorem artykułu na temat nowych odkryć, który zostanie opublikowany w czasopiśmie "The Astrophysical Journal". W oddzielnym oświadczeniu, które ukazało się w piśmie "Nature", grupa astronomów pracujących przy Keplerze, której kierownikiem jest dr Jack Lissauer z Ames Research Center, stwierdziła, że teleskop namierzył sześć planet obiegających swoją gwiazdę w promieniu nie większym niż odległość między Merkurym i Słońcem.

Dr Lissauer powiedział, że tak wielkie zagęszczenie planet wydaje się przeczyć wszelkim zasadom, które naukowcy zaczynają tworzyć na temat formy i ewolucji systemów planetarnych. – Ta informacja skłania mnie do ponownej analizy wielu obliczeń – przyznał Lissauer. – Mamy tu tak wiele materiału, że trudno zdecydować, od czego zacząć – powiedział Geoffrey W. Marcy z University of California w Berkeley, a także wieloletni poszukiwacz egzoplanet i filar projektu Kepler, podsumowując najnowsze wieści z kosmosu. Marcy nazwał efekty prac zespołu Boruckiego "nadzwyczajnym napływem planet, chwilą o której będzie się pisać w podręcznikach szkolnych. Będzie się o tym myśleć jako o przełomie". – Nastała niezwykła epoka odkryć dla astronomii – dodała Debra Fischer, astronomka z Yale, która jednak nie należy do zespołu działającego przy Keplerze. – Ten teleskop wywrócił do góry nogami wszystko, co dotąd wiedzieliśmy o egzoplanetach.

 

Kepler, który został wystrzelony na orbitę okołosłoneczną w marcu 2009 roku, śledzi obszar Drogi Mlecznej w okolicy Gwiazdozbioru Łabędzia. Co pół godziny mierzy jasność 156 tys. gwiazd. Jeżeli któraś z nich przygasa, oznacza to, że może przed nią przechodzić należąca do jej układu planeta. Celem naukowców jest obliczenie częstotliwości, z jaką podobne do Ziemi planety okrążają swoje podobne do Słońca gwiazdy. Ale w ciągu czterech miesięcy podobny do Keplera teleskop umieszczony gdzieś w kosmosie musiałby mieć wiele szczęścia, aby udało mu się choćby raz zobaczyć Ziemię. Żeby skomplikowany system przetwarzania informacji Keplera mógł potwierdzić istnienie jakiejś planety, ta musi wykonać trzy tranzyty, czyli trzykrotnie przejść na tle swojej gwiazdy. Oznacza to, że następna data ujawnienia informacji z Keplera, która wypada w czerwcu 2012 roku, może się okazać wielką chwilą prawdy dla całego projektu.

Ekosfery ciemniejszych i chłodniejszych gwiazd będą znajdować się w niewielkiej odległości od nich, więc tranzyty planet będą odbywały się szybciej.

Naukowcy z niecierpliwością czekali na konferencję, która była pierwszą od czerwca 2010 roku, kiedy astronomowie opublikowali wstępną listę około 300 gwiazd, wokół których mogły krążyć planety. Poinformowali jednocześnie, że badają kolejne 400. Od tamtej pory Borucki przyznał, że niektóre z przypominających planety obiektów wyeliminowano, lecz do listy dodano jednocześnie setki nowych.

Jedną z 400 obserwowanych gwiazd podobnych do Słońca, była odległa o 2 tys. lat świetlnych od Ziemi gwiazda w konstelacji Łabędzia, którą nazwano KOI 157 (od Kepler Object of Interest – Obiekt zainteresowania Keplera). Wiosną 2009 roku astronomowie zaobserwowali pięć krążących wokół niej obiektów, które mogły być planetami, z czego cztery miały niemal identyczne okresy orbitalne. Dwie z nich zbliżały się do siebie na tak małą odległość, że jak wyliczył Lissauer, jedna z nich wygląda z perspektywy drugiej jak Księżyc w pełni. – Bardzo zainteresował mnie ten układ. Pięć planet to najwięcej, ile udało nam się znaleźć wokół jakiejkolwiek gwiazdy – powiedział Lissauer. Co więcej, planety znajdowały się tak blisko siebie, że oddziaływały na siebie grawitacyjnie, co umożliwiło naukowcom obliczenie ich wagi. Jesienią natrafili na szóstą, najbliższą gwieździe planetę.

Dr Lissauer z kolegami obliczyli masę i gęstość pięciu planet. Ich masy były 2-13 razy większe od masy naszej planety, co pozwoliło je zaliczyć do grona tzw. superziemi. Okazało się też, że planety posiadają miękką konsystencję, co sugeruje, że składają się z mieszaniny skał, wody i gazu, a nie samych skał, jak kolejna superziemia – składający się z lawy Kepler 10b, którego istnienie ujawniono podczas styczniowego spotkania w Seattle. Dr Lissauer opisał każdą nową planetę jako "coś w rodzaju żelka z landrynką w środku". – A zatem superziemie mogą wcale nie przypominać Ziemi – powiedział. – Mogą być bardziej podobne do Neptuna.

Alan Boss, teoretyk planetarny z Carnegie Institution w Waszyngtonie powiedział, że nowy układ planetarny, nazwany Keplerem 11, powinien "zająć teoretyków na długi czas". A Borucki ocenił, że rosnąca liczba małych planet odkrytych przez Keplera, jest miłą odmianą wobec początkowego okresu poszukiwań egzoplanet, kiedy znajdowane obiekty okazywały się w większości gigantami wielkości Jupitera, trzymającymi się blisko swoich gwiazd. Tamte odkrycia skłaniały teoretyków do przypuszczeń, że mniejsze planety mogły być odrzucane od swoich gwiazd lub pochłaniane przez ich siły grawitacyjne. – Te małe planety wciąż tam są – powiedział Borucki. – Witamy je z wielką radością.

Źródło: onet.pl / The New York Times